W deszczowym Wiedniu

Już  w czerwcu planowaliśmy grudniową wycieczkę do Wiednia. Chętnych nie brakowało. Uczestniczyli  w niej uczniowie z klas: 6B,  3Cg , 3Eg i 3Hg, razem 45 osób.  Wyjeżdżaliśmy późnym wieczorem 9 grudnia. Lało! Zanim przyjechał autokar, porządnie zmokliśmy. Nie zepsuło nam to humorów. Zgodnie stwierdziliśmy, że z cukru nie jesteśmy – wysuszymy się.  Nie mieliśmy z tym problemu, bo w samochodzie było cieplutko…
Gdy dojeżdżaliśmy do Wiednia, było jeszcze ciemno. Zaintrygowały nas setki czerwonych światełek rozsianych na ogromnej przestrzeni . Okazało się, że to pola wiatraków. Niesamowity widok. W schronisku mieliśmy chwilę na odpoczynek. Potem już nasza przewodniczka, pani Kamińska – Woś, nie miała dla nas litości. Pierwszego dnia przeszliśmy kilkanaście kilometrów. Nikt jednak nie narzekał, bo majestatyczny Wiedeń zachwycił każdego. Wieczorem  poczuliśmy pełnię magii świąt Bożego Narodzenia. Stare miasto rozbłysło tysiącami kolorowych lampek – każda ulica w innym kolorze. Byliśmy oczarowani. Znaleźliśmy się w baśniowym świecie. Na słynnym  jarmarku bożonarodzeniowym przed ratuszem czas jakby się zatrzymał…
Wtorek przywitał nas deszczem.  Wypoczęci i najedzeni , w świetnych humorach wyruszyliśmy na podbój Wiednia. Najpierw buszowaliśmy po  targu łakoci  Naschmarkt . Mimo iż nie byliśmy głodni, niejednemu ślinka ciekła, gdy patrzył na te cudeńka. Potem podziwialiśmy piękną secesyjną architekturę Jugendstil . Widok budynku  w kwiatki stojącego  w centrum miasta chyba każdego wprowadził w świetny nastój. A deszcz sobie padał… Dobrze, że naprawdę nie jesteśmy
z cukru:) Po spacerze przyszedł czas na muzeum w Schönbrunnie. Ogromny pałac. Nie da się zaprzeczyć, że Habsburgowie mieli całkiem fajny domek letniskowy:) Gdy wyszliśmy z cesarskich komnat, czekała na nas niespodzianka. Pani Kamińska – Woś zaprosiła wszystkich na pyszny, gorący punsch. Rozgrzaliśmy się, mimo że lało jak z cebra.  Potem pojechaliśmy na  Prater,  by z góry popatrzeć na nocny Wiedeń. Po powrocie do schroniska, niestety, daliśmy za wygraną i już nie poszliśmy  na Weihnachtsmarkt. Tym razem pogoda była górą. Nie mieliśmy problemu
z zagospodarowaniem sobie czasu. Po późnym obiedzie i krótkiej odprawie rozeszliśmy się do pokoi na towarzyskie zajęcia w podgrupach:) Od czasu do czasu na schroniskowych korytarzach słychać było salwy śmiechu. Chyba wszyscy świetnie się bawili.
W środę zaczęliśmy dzień od pakowania i sprzątania pokoi. Po śniadaniu pojechaliśmy zobaczyć spalarnię śmieci. Dziwiliśmy się. Przyjechaliśmy setki kilometrów, żeby oglądać jakąś spalarnię?! U nas też ich nie brakuje. Okazało się, że to kolejna ciekawostka architektoniczna. Jej projektant Friedensreich Hundertwasser miał niesamowitą wyobraźnię. Widzieliśmy też jego  Hundertwasserhaus. Wyrastające z tego kolorowego, baśniowego, odrealnionego apartamentowca drzewa robią wrażenie.  Odwiedziliśmy znajdujące się  naprzeciwko  niewielkie centrum informacyjne i mieszczącą się w nim przepiękną galerię, w której można było kupić różne kolorowe cudeńka. Było tam jeszcze coś, co przykuło naszą uwagę – toaleta. W takiej nie byliście! Cudo w stylu właściwym Hundertwasserowi . On chyba był szalony!
Podczas naszych wojaży dotarliśmy na wyspę na Dunaju. Piękne miejsce. Rzeka godna miasta, przez które przepływa. Jest równie majestatyczna i dostojna. Pobyt w Wiedniu zakończyliśmy na zakupach w Primarku, a potem  na kolacji  w McDonald’s.
Gdy wyjeżdżaliśmy wieczorem, żegnały nas austriackie farmy wiatrowe mrugające setkami czerwonych światełek. Deszcz nadal padał.  W Polsce też padał – tyle, że dla odmiany śnieg. Jednak
w autokarze było tak cieplutko, że zima nam nie straszna:) Do Kielc dojechaliśmy nad ranem. Miło było zobaczyć rodziców i podzielić się z nimi pierwszymi wrażeniami. Każdy z nas marzył o wygodnym łóżku i śnie…, może o modrym Dunaju lub o spotkaniu z piękną i dumną Sissi…, a może  o dostojnych lipicanach poruszających się tanecznym krokiem…